Wiwianna

Rozdział 1

— Kolejny. Co tym razem? Płuca, trzustka, wątroba? Wczesne, późne stadium? Jeśli nowotwór może dopaść człowieka niezależnie od wieku, płci, czy stanu konta bankowego, czemu akurat ja zasłużyłam na życie pozbawione chorób?

Za każdym razem, odprowadzając zmizerniałym wzrokiem świeżo zdiagnozowanego pacjenta, zadaje sobie to samo pytanie.

Jestem zaledwie podrzędną pracownicą ochrony. Nie mam żadnych znajomych, a o miłości mogę co najwyżej pomarzyć. Jako dziecko, nastolatka czy nawet obecnie, będąc już dorosłą i w pełni rozwiniętą kobietą — zawsze byłam sama. Przy dobrych wiatrach moja śmierć  zapewne obruszyłaby paru członków najbliższej rodziny. Choć biorąc pod uwagę nasze wysoce obojętne stosunki,  jakoś szczególnie nie liczyłabym na dłuższą żałobę z ich strony.

Natomiast ci ludzie są inni. To elity w najczystszym tego słowa znaczeniu. Posłowie regulujący prawa. Biznesmeni czuwający nad zrównoważonym wzrostem gospodarczym. Aktorzy dostarczający rozrywki zwykłym szaraczkom. Innymi słowy, trafiają tu osoby odpowiedzialne za prawidłowe funkcjonowanie społecznego ekosystemu. Bez nich nawykły nam świat doznałby diametralnych zmian.

A jednak, choroba nie pozostawiła im złudnej nadziei. Chociaż przez całe życie ciężko harowali na objęcie piastowanych pozycji, finalnie los bezpardonowo wyśmiał ich starania. Właśnie dlatego widok oczu niedowierzających własnemu przeznaczeniu każdorazowo zmusza mnie do refleksji. Jeśli ludzie realnie przyczyniający się dobru ogółu zmuszeni są odejść za młodu, czemu to bezużyteczne aberracje mojego pokroju dożywają sędziwego wieku?

— Przepraszam panią…

Nie, dość. Najwyższy czas przestać nad tym dumać.

— Słucha mnie pani…?

Zaczynam brzmieć, jakobym faktycznie przejmowała się losem obcych mi osób. A przecież… nigdy, za nic w świecie nie poświęciłabym swojego bezwartościowego życia dla ratowania nawet najwybitniejszego celebryty.

— Wystarczy tego dobrego! Proszę natychmiast się otrząsnąć! – raptem ścianę głębokiej zadumy zburzył zaaferowany głos młodej kobiety.

Skołatane myśli powróciły na właściwe tory, a obraz dotychczas rozmazanego  otoczenia zaostrzył się. Klinika jak co dzień emanowała nienaganną dostojnością. Bezbrzeżne korytarze kontrastowały względem minimalizmu mebli. Przeszklone ściany umożliwiały wschodzącemu słońcu iluminowanie mlecznobiałego, okraszonego złocistymi zdobieniami wnętrza. Pozornie niepasujący do szpitalnego klimatu luksus wylewał się wręcz z każdego kąta. Bez dwóch zdań miejsce to zasłużenie dzierżyło miano najbardziej prestiżowej placówki medycznej starego kontynentu.

W ramy wystawności całego otoczenia idealnie wpisywała się stojąca przede mną kobieta. Charakterystyczna wpinka o motylim kształcie uwydatniała przerzucony przez ramię warkocz. Satynowa sukienka rozpraszała światło ku okalającym jej nadgarstki, wysadzanym szlachetnymi kamieniami bransoletkom. Mimo stosunkowo młodej aparycji, dziewczyna aż do przesady sprawiała wrażenie stereotypowego człowieka sukcesu.

Świadoma zaprzepaszczenia cennych sekund potencjalnemu VIP-owi nerwowo poprawiłam krawat, po czym rzuciłam:

— P-proszę wybaczyć mi bezczelny brak taktu. Nie mam nic na swoją obronę. Jednak jeśli nadal mogę służyć pani pomocą, będę wniebowzięta – pokornie skłoniłam głowę, starając się wymanifestować łagodne traktowanie.

— Jezu, pomińmy zbędne ceregiele! Robisz tu za ochronę, prawda? – znienacka widocznie zniecierpliwiona nieznajoma muśnięciem palców zadarła mój podbródek, jednocześnie wskazując ujście sąsiedniego korytarza. — Jakiś facet nagabywał tam drobną kobietę. Uznajmy, że jeżeli w ramach „rekompensaty” zajmiesz się tym delikwentem, zapomnimy o sprawie. Wiesz, ja… naprawdę nienawidzę, kiedy ktoś nie szanuje prywatności drugiej osoby. 

W tej samej chwili do mych uszu napłynęło echo podniosłego, męskiego głosu. Niemalże rozrywające piętro wrzaski świadczyły, iż podczas naszej rozmowy musiało dojść do eskalacji wspomnianego konfliktu. Ciężko przyznać, lecz chyba pierwszy raz ta upierdliwa robota przyprawiła me lico o wyraz chwilowej ulgi. Koniec końców, chyba każdy odbębniający etat zgodzi się, że skupienie uwagi na niewdzięcznej pracy stanowi najlepsze lekarstwo przeciw natrętnym myślom.

— Zatem, jeśli pani pozwoli… – ukłoniłam się grzecznie, by następnie niezwłocznie obrać kierunek ku rozgorzałej awanturze.

— Powodzenia, Wiwianno. Naprawdę chcę wierzyć, że postąpiłam słusznie. Oby ten moment ulotnego szczęścia był wart lat niewymiernego cierpienia. – oddalając się zarejestrowałam gdzieś niewyraźny szept, aczkolwiek moją zdolność percepcji pochłaniało już coś innego.

Pośrodku poczekalni stanowiącej łącznik między korytarzami uformowało się pokaźne zbiegowisko. Jedni filmowali, drudzy zwyczajnie obserwowali, a jeszcze inni usiłowali rozgonić poszukującą sensacji hałastrę. Natomiast prawdziwe źródło owego zamieszania znajdowało się dopiero za ścianą ludzkich sylwetek.

— Ile razy mam powtarzać!? Nie, znaczy nie! To tylko pokazuje, jak ogromną częścią „waszego” sukcesu byłam. Zamiast ogarnąć się i znaleźć zastępstwo, próbujecie wszelkich sztuczek, byle bym wróciła. Niestety, tak dla świadomości — twojej oraz agencji. Słowo się rzekło. Blokowanie moich współprac nie sprawi, że nagle magicznie zmienię zdanie. Nasz wspólny czas dobiegł końca. Błagam, zrozumcie wreszcie! Ja… zostałam stworzona, by lśnić samotnie! – choć stanowczo oznajmując to, drobna dziewczyna sumiennie ukrywała twarz, bijący od jej postawy blask dało wyczuć się nawet spod grubej warstwy ubrań i akcesoriów.

Entuzjazm ten jednak nie znalazł zbytniej aprobaty u dyskusyjnego oponenta tajemniczej celebrytki. Pomimo średniego wieku przypominał on wrak człowieka. Szykowny garnitur gryzł się z niedbałym zarostem oraz rozczochranymi włosami. Podkrążone oczy dowodziły, iż był na nogach już dobre kilkadziesiąt godzin. Aura stresu okalająca nerwowe gesty mężczyzny wręcz przyprawiała o ścisk żołądka.

Szczególnie od zaplecza, show-biznes to miejsce niewybaczające błędów. Bo przecież ciężko nagle zastąpić wypromowaną, aktywnie pracującą wizerunkiem gwiazdę. Lecz jeśli chodzi o zwykłego, przytłoczonego robotą szeregowca…

Dlatego właśnie trudno było mi dziwić się jego desperacji. Tylko on wiedział o konsekwencjach wynikających z braku wykonania powierzonego mu zadania. Toteż, nie mając wiele do stracenia:

— Cholera, poddaję się. Jebać ten syf – syknął raptownie, poluźniając krawat. — Prowadziłem cię, odkąd jako gówniara stawiałaś pierwsze kroki w branży. Spełniałem twoje zachcianki, świeciłem oczami za każde widzimisię. Kiedy odtrącałaś kolejnych ludzi swoim charakterem, ja niestrudzenie trwałem przy twoim boku. I co dostałem za lata niewdzięcznej harówy? Kopa w dupę bez słowa wyjaśnienia! – zagryzł zęby, jednocześnie zalewając się łzami. — Nawet ten szpital, co ty tutaj robisz!? Nie… zwracam honor. Takie zachowanie idealnie do ciebie pasuje. W końcu zawsze byłaś tajemniczą, pozbawioną empatii, nie dbającą o współpracowników, zimną suką! Dokładnie taka jesteś! Prawda, Rosana!?-utraciwszy zdolność racjonalnej dedukcji, przytłoczony bezsilnością menedżer zdecydował się wybrać najgorsze rozwiązanie.

Wnet skrócił dzielący go z kobietą dystans, po czym sprawnym pociągnięciem ręki odsłonił jej skrzętnie skrywane oblicze. Głuche echo strąconych okularów oraz opadłego kaptura stało się jedynym źródłem dźwięku w spowitym grobową ciszą pomieszczeniu.

Wkrótce jednak pierwszy szok minął, a do pobliskich gapiów zaczęła docierać powaga sytuacji.

— Rosana…?

— Skądś kojarzę imię. To jakaś idolka?

— Debilu, żadna podrzędna idolka! Rosana jest  prawdziwym diamentem! Już za młodu okrzyknięto ją największym talentem naszych czasów!

— Jezu, spójrzcie! To rzeczywiście ona!

Blask nagiej skóry Rosany zawładnął moimi zmysłami, uniemożliwiając odwrócenie wzroku. Popielate włosy spływały kaskadą po jej plecach, przechodząc miejscami w posrebrzaną biel. Słodkość wielkich oczu i niewinność wąskich ust perfekcyjnie dopełniały kobiece, nieco zadziorne rysy. Pod grubą warstwą dresu dostrzec dało się ciało zachowujące podręcznikową proporcję średniej wielkości piersi wobec szerokich bioder. Ilość prezentowanych przez nią kontrastów wręcz krzyczała, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Nawet dla niewprawionego oka, sprawiała wrażenie bytu idealnego. Idolki ostatecznej.

 

~koniec rozdziału pierwszego~

rozdział 1
Przewijanie do góry