Kontrola tłumu
Rozdział 2
Pomimo stanu głębokiego zauroczenia niepowtarzalnym urokiem Rosany, moje ochroniarskie instynkty wzięły górę. Kilkoma susami przemknęłam między tabunami obserwatorów, by następnie w okamgnieniu spacyfikować agresora. Unieruchomiłam wciąż uniesione ramię menedżera, jednoczesnym podcięciem kostek sprowadzając go do parteru. Tak obezwładnionego delikwenta nakryłam kolanem, dając zebranym jasny znak, że przynajmniej tymczasowo konflikt został zażegnany.
Natomiast nie oznaczało to końca problemów. Wśród pracowników ochrony kliniki istniała pewna, niepisana zasada. Oficjalnie każdy odpowiadał za przydzielony mu przez szefostwo rewir. Tak więc, jeśli ktoś decydował się podjąć interwencję na czyimś terenie, siłą rzeczy przejmował cudzą odpowiedzialność. Nie ciężko zatem o wniosek, iż winę za upublicznienie wizerunku celebrytki ponosiłam tutaj… Ja.
Zdesperowana zmierzyłam wzrokiem świadków filmujących całe zajście, starając się zminimalizować następstwa wyrządzonej szkody.
— P-proszę natychmiast przestać nagrywać! Tutejszy obszar objęty jest…-
— Nie, wręcz przeciwnie – znienacka wtrąciła Rosana. — Byłabym wdzięczna, gdyby wszyscy posiadający przy sobie telefon — wyciągnęli go – nagłe wystąpienie dostarczyło dziewczynie wystarczającej atencji środowiska, aby ta mogła rozpocząć swoje małe przedstawienie.
Oświetlana blaskiem wywołanych aparatów przykucnęła nad nami, jedną dłonią wyrozumiale poklepując moje ramię, a drugą zaś gładząc włosy skrępowanego menedżera. Przepełniony czułością dotyk sprawił, że nawet ujadający, darzący ją szczerą nienawiścią mężczyzna chwilowo zwarł usta.
Od boku musiało wyglądać to na próbę pocieszenia niekompetentnych pracowników przez dobroduszną gwiazdę. Niewiele brakło, abym sama, zażenowana własnym brakiem profesjonalizmu, niemal utonęła w jej platonicznej dobroci. Przed aktem podświadomego poddaństwa uchronił mnie jednak szept, którym Rosana raptownie musnęła me ucho. Na parę sekund idolka uczyniła swój występ ekskluzywnym. Przeznaczonym wyłącznie… dla mojej osoby.
— Wiwi, zakazami jedynie wzmożysz ciekawość tłumu. Jeśli faktycznie chcesz pozbyć się niechcianych spojrzeń, musisz zaoferować im więcej, niż są w stanie wziąć. Patrz uważnie i ucz się. Tym razem pomogę ci załatwić sprawę we właściwy sposób.
— Co…? N-nie rozumiem. Skąd…? Dlaczego…? – wydukałam zdumiona, lecz…
— Cii… – mruknęła Rosana, nakrywając moje usta palcem. — Dopiero się rozkręcam…
To powiedziawszy, przywdziewając przebiegły uśmiech na powrót przesunęła się bliżej gromady obserwatorów, pozostawiając mnie z masą pytań i niedopowiedzeń.
Ustawiwszy się pod najlepszym kątem padania światła wzięła głęboki oddech, przyjęła otwartą postawę, po czym łagodnym głosem przemówiła:
— Chciałabym prosić wszystkich o uwagę. Jak zapewne dobrze wiecie, ostatnimi czasy wraz z wygaśnięciem kontraktu podjęłam dość kontrowersyjną decyzję o opuszczeniu zespołu. Jestem świadoma, iż wywołało to niemałe poruszenie wśród naszych wspólnych fanów. Ludzi traktujących OHa jako integralną całość. Planowałam opublikować oficjalne oświadczenie w nieco późniejszym terminie, jednak obecnie odejście bez słowa wyjaśnienia tylko pogłębiłoby spekulacje i krążące po sieci fake newsy. Dlatego tu i teraz, chcę poruszyć trzy kwestie. Po pierwsze, pragnę zdementować plotki, jakoby przyczyną mojego odejścia z wytwórni był wewnętrzny konflikt w grupie. Kocham dziewczyny z OHa całym sercem i życzę im samych sukcesów. Po drugie, moja ostatnia absencja w social mediach. Niedawno u bliskiej mi osoby zdiagnozowano nieuleczalną chorobę, co bezpośrednio łączy się z moją obecnością tutaj. Wbrew założeniom opinii publicznej, to nie ja zachorowałam. Jestem tu wyłącznie jako gość. A po trzecie — i najważniejsze. Najwyższa pora…, aby przedstawić wam plany dotyczące mojej dalszej kariery.
Cyknięcia aparatów oraz piknięcia rozpoczynanych nagrań rozgorzały na dobre. Jak można było przewidzieć, widownia Rosany szybko przestała ograniczać się do przypadkowych gapiów. Wieść o nieplanowanym wystąpieniu rozchwytywanej idolki błyskawicznie obiegła pobliskie redakcje. Pierwsi reporterzy zaszczycili klinikę swą obecnością zaledwie paredziesiąt sekund po otrzymaniu wstępnych, niczym wówczas jeszcze niepotwierdzonych doniesień. Czas przybycia profesjonalnych kamer zgrywał się z kulminacyjnym momentem oświadczenia Rosany wręcz idealnie.
Aż zbyt idealnie, jak na dzieło przypadku.
Zdawałam się jednak być jedyną osobą poddającą w wątpliwość autentyczność całego przedsięwzięcia. Reszta zgromadzonych z zapartym tchem wyczekiwała słów, które właśnie miały minąć usta popielato-włosej celebrytki.
— Może was zaskoczę, ale… moje opuszczenie zespołu wcale nie jest równoznaczne z chęcią odejścia ze świata show-biznesu. Wręcz przeciwnie! – kontynuowała, zasięgiem szeroko rozpostartych ramion obejmując każdego, pojedynczego fana. — Zrobiłam to, aby wyzbyć się wszelkich zahamowań! Obecnie nie wiążą mnie już żadne kontrakty. Mogę mówić co chcę i robić co chcę! Zapomnijcie o stereotypie idolki skupionej wyłącznie wokół branży muzycznej. Ja… pragnę być bliżej was na co dzień! Sprawię, że jadąc do szkoły — pracy, jedząc obiad, czy też kładąc się spać, nieustannie towarzyszyć będzie wam moja twarz! Począwszy od przyszłego tygodnia, oprócz bycia piosenkarką i tancerką zamierzam występować w podcastach, wywiadach, filmach, serialach, vlogach, live’ach. Będę dostępna przez cały czas… dla was. Wspólnie stworzymy dziedzictwo, które zostanie zapamiętane jeszcze na długo po naszej śmierci! Razem…
— Nie uważacie Państwo, że istnieją nieco bardziej odpowiednie miejsca do przeprowadzenia konferencji prasowej, niż klinika dla obłożnie chorych?
Raptem mowę Rosany zakłócił ciepły głos starszego mężczyzny. Zza automatycznych drzwi bocznego korytarza wyłonił się około sześciesięcioletni doktor, w asyście kilkuosobowej grupy ochroniarskiej. Po pokaźnej obstawie kroczącej u jego boku dość łatwo szło wydedukować, iż nie był to podrzędny lekarz drugiego sortu.
Liczne emblematy oraz odznaczenia przyozdabiające fartuch połyskiwały dumnie, a nazwisko wygrawerowane na piersi starszego pana nie pozostawiało złudzeń. Lobby swym przybyciem zaszczycił sam Ren Koen. Współzałożyciel, a także dyrektor generalny kliniki Koen&Mayers. Najprościej rzecz ujmując…
…mój własny szef.
— Nie zrozumcie mnie źle, w pełni pojmuje wasze podekscytowanie – ponowił starzec, kontynuując pokonywanie zatłoczonego holu dzięki uformowanemu przez ochronę przejściu. — Ileż to razy żona taksowała mnie zdegustowanym wzrokiem, gdy po nocach szczerzyłem zęby do występów nieraz trzykrotnie młodszych od nas dziewczyn. Idole… te wszystkie osoby występujące na scenie mają w sobie coś, pierwiastek czegoś, co potrafi całkowicie zawładnąć myślami oczarowanych odbiorców. Zgodzisz się ze mną, Rosano? – zagaił Koen, zatrzymując pochód dopiero przed twarzą pozornie niewzruszonej gwiazdy.
— Do czego pan pije, doktorze? – Rosana z uśmiechem odbiła piłeczkę, nieznacznie tylko marszcząc brwi.
— My, zwykli ludzie potrzebujemy katalizatora, który pozwoli nam się od was oderwać. Musicie mi wybaczyć, lecz zakłócanie spokoju pacjentów nie będzie tutaj dłużej tolerowane – oświadczył charakterystycznym dla siebie, serdecznym tonem, jednoczesnym pstryknięciem palców wydając podwładnym bezwzględne polecenie. — Rozpocząć selekcję nieupoważnionych jednostek.
Słowa te rozpętały istną burzę. Ochroniarze błyskawicznie przeniknęli między tłum, wyłapując oraz kierując osoby bezprawnie przebywające na terenie kliniki ku wyjściu. Rzecz jasna, takie postępowanie nie obyło się bez protestów ze strony żądnych sensacji dziennikarzy. Ci widząc umykającą im żyłę złota zapierali się rękami i nogami, walcząc o zadanie Rosanie choć jednego pytania więcej.
Wkrótce role uległy odwróceniu, a kontakt cielesny pomiędzy napierającymi reporterami i defensywną ochroną zyskiwał na sile z każdą mijającą sekundą. A gdy już zdawało się, że lada moment ktoś przekroczy niepisaną granicę…
— To nie będzie konieczne! Wszyscy możemy rozejść się w pokojowych warunkach! – zawołała Rosana, raptownym skłonieniem tułowia wprawiając skonfliktowane strony w osłupienie. — Zawaliłam po całości, przyznaję. Dałam się ponieść chwili. Długa nieobecność przed kamerami musiała zwiększyć moje parcie na szkło. Dlatego ciebie doktorze, a także wszystkich tu zebranych — pragnę z całego serca przeprosić. Od początku do końca, winę za eskalację sytuacji ponoszę tylko i wyłącznie ja – dziewczyna ucichła na moment, by następnie zacisnąć pięści, zadrzeć podbródek oraz stanowczo rzucić: — Tak, jak dałam temu początek, tak teraz zamierzam to zakończyć. Zanim jednak was opuszczę, chciałabym prosić media o ostatnią rzecz.
Stopniowo rozwierane oczy idolki napłynęły ogromnymi pokładami blasku. Zupełnie, jakby spodziewała się, że fotografie z najbliższych kilku sekund wylądują na okładkach tysięcy artykułów.
— Czy dla dobra personelu i pacjentów kliniki… Możemy nie dawać światu znać o całej sprawie…?
Niestety, końcowo nie było mi dane usłyszeć odzewu publiczności na to jakże naiwne pytanie. Dzięki przybyciu wsparcia oraz powstałemu zamieszaniu zyskałam szansę, aby niepostrzeżenie odstawić za mury ośrodka spoczywającego pod moim kolanem, prawdziwego prowodyra zajścia. Co też bez zawahania uczyniłam. Jako kompletnie bezużyteczna pracownica, choć tak mogłam odrobinę odpokutować za wrodzoną niefrasobliwość.
Siłą rzeczy, eskortując skrępowanego agresora awaryjnym korytarzem, utrzymałam jego głowę skłonioną nisko. Natomiast moja znajdowała się niewiele wyżej. Czułam, jak gorejący wstyd rozpala mnie od środka. Odkąd w wieku szesnastu lat zdecydowałam się zrezygnować z pogoni za marzeniami, zmuszona byłam sama zarabiać na własne utrzymanie. Łapałam się naprawdę rozmaitych ogłoszeń. Wciskałam ludziom garnki. Rozlewałam alkohol w pubach. Zajmowałam się nawet obróbką mięsa. Aczkolwiek, niezależnie od charakteru wykonywanej profesji, każda próba uciułania grosza prędzej czy później kończyła się tym samym. Wydaleniem.
Z jakiegoś powodu okazałam się być typem pracownicy wyjątkowo niezdarnej i odpornej na przyswajanie wiedzy. W trakcie wietrzenia magazynów przypadkiem opchnęłam najnowszą kolekcję kuchennych utensyliów za bezcen. Podczas przyjęcia inaugurującego kolaborację dwóch wielkich marek, korkiem otwieranego szampana ustrzeliłam okulary siedzącego naprzeciw prezesa. A ucząc się obsługi skórowaczki do mięsa, niemalże ucięłam sobie palce.
Nie dziwota więc, że pracę klinicznego ochroniarza traktowałam jako kolejną, przelotną fuchę. Jednak tym razem coś było inaczej. Gdy w czasie trwania szkółki przygotowawczej wyraźnie odstawałam od reszty pod względem umiejętności walki wręcz, instruktor poświęcał swój prywatny czas, aby praktykować ze mną chwyty po godzinach zajęć. Kiedy zdenerwowawszy pacjentkę trafiłam na dywanik dyrektora, ten zamiast wymierzyć mi adekwatną karę, zbył sprawę wyrozumiałym uśmiechem oraz słowem upomnienia. Nawet koledzy po fachu… wymyślili tę głupią zasadę brania odpowiedzialności za cudze rewiry, ponieważ nie chcieli zostawiać mnie samej z konsekwencjami własnej nieporadności.
Wiem to doskonale. Tak przyjazna atmosfera pracy zdarza się niezwykle rzadko. Moje życie zawodowe jest tego najlepszym przykładem. Powinnam zatem czuć szczerą wdzięczność wobec ludzi zawsze gotowych ratować mój roztrzepany tyłek. Więc dlaczego obecnie… Pomimo tej świadomości, nie mogę wyzbyć się cholernego poczucia niesprawiedliwości…!?
…
Upewnienie się, że były menedżer Rosany nie postawi więcej nogi na terenie kliniki zajęło mi długie, trzydzieści minut. Gdy po tym czasie ponownie zawitałam do lobby, doświadczyłam pozytywnego zaskoczenia. Korytarz świecił pustkami. Za jedyne źródła dźwięku robiły szyb windowy oraz stukot przejeżdżającego obok wózka. Po wcześniejszym incydencie nie ostał się choćby najmniejszy ślad. Można powiedzieć, że…
— …udało im się ogarnąć sytuację, co? – pomyślałam, odczuwając ulgę wymieszaną z rozgoryczeniem. — Chyba wszystko powróciło do normy…
— Muszę przyznać, ciekawa perspektywa. Zwykle czekano na mnie, a nie mi kazano czekać. – nagle zza pobliskiej półścianki dobiegł głos rozwiewający moje złudne nadzieje. — Skoczymy porozmawiać gdzieś na osobności? Sami. Tylko ty i ja.
~koniec rozdziału drugiego~
