Propozycja

Rozdział 3

Od rana każdy znak na niebie i ziemii zapowiadał kolejny, zwyczajny dzień. Ot co, wstałam, zmyłam pot, wygłaskałam kota, wyprasowałam garnitur, a później niechętnie stawiłam się do roboty. Jakim więc cudem… ostatecznie skończyłam na najwyższej kondygnacji kliniki, u boku osoby bijącej wszelkie rekordy popularności?

Z bliżej niezrozumiałego mi powodu, nawet po zakończeniu improwizowanej mowy i rozejściu się tłumu Rosana wciąż wyczekiwała mojego powrotu. Choć nie mam bladego pojęcia, kiedy zdążyła się przebrać, gruby dres na jej ciele zastąpiły krótka spódniczka oraz asymetryczny top. Twarz zaś spoczęła pod pokaźnymi okularami przeciwsłonecznymi nakrytymi daszkiem. Nowy kamuflaż dziewczyny zdawał się być niemal perfekcyjny. Rozpoznałam ją tylko dzięki charakterystycznemu głosowi. A konkretniej, wskutek pewnego rodzaju stresu pourazowego, jaki u mnie wywoływał.

W każdym razie, niezależnie od jakości przebrania Rosany, na samą myśl o ponownej demaskacji idolki doznawałam zawrotów głowy. Ostatnie, czego pragnęłam, to powtórka z rozrywki. Dlatego też podjęłam szybką decyzję. Chwyciłam dziewczynę za rękę i zaprowadziłam ją do miejsca, gdzie tymczasowo wyłącznie ja miałam dostęp. Na świeżo wyremontowane, wyczekujące oficjalnego otwarcia poddasze kliniki.

Chociaż określanie tego obszaru tak surową nazwą wypada nieco krzywdząco. W odróżnieniu od minimalistycznego wystroju reszty budynku, przestrzeń ta wręcz kipiała życiem. Lecz nie za sprawą ludzkiej obecności, a bujnej roślinności. Rozłożyste krzewy wytyczały ścieżkę ku umiejscowionej pośrodku altanie. Z porośniętego pnączami, podsufitowego stelaża zwisały kwietniki eksponujące mnogość gatunków rozkwitających kwiatów. Zaś w oddali, za warstwami wszechobecnej zieleni trwała ona. Rozświetlana promieniami złocistego, załamującego się w przeszklonej ścianie słońca. Wyglądająca, niczym żywcem wyjęta z obrazu… Rosana.

Wcześniejsze wydarzenia nauczyły mnie jednak, aby nie ulegać jej hipnotyzującemu urokowi. Toteż, udając niewzruszoną widokiem rodem ze snu, rzekłam:

— Więc, o czym… i czemu właściwie chciała pani porozmawiać? – rzuciłam, powolnym krokiem skracając dystans wytworzony między nami podczas mojej chwili roztargnienia.

— Jak pięknie… Gdybym ujrzała taką scenerię tuż przed śmiercią, chyba mogłabym odejść bez żalu – mruknęła stojąca tyłem Rosana. — Niby regularnie odwiedzam klinikę od ponad miesiąca, a pierwszy raz widzę to miejsce. Dlaczego ukrywacie jego istnienie? – zakładając ręce za plecy i lekko się obracając, idolka posłała mi pytające spojrzenie.

— Niczego nie ukrywamy – stanowczo zaprzeczyłam, wskazując palcem walające się po altanie, ogrodnicze utensylia. — Oficjalnie budowa tego sztucznego mini parku została już ukończona, jednak zanim osiągnie on stan pełnej funkcjonalności minie jeszcze trochę czasu. Data uroczystego otwarcia przypada na bodajże… początek stycznia? Ale to nie problem. Dopóki mamy lato, pacjenci mogą korzystać z zewnętrznego ogrodu… – urwałam, zaobserwowawszy nietypową reakcję dziewczyny.

— Styczeń, co…? – bąknęła, uśmiechając się niewyraźnie.

Mimo, iż wspomniany termin upływał za zaledwie pół roku, w oczach Rosany moment ten zdawał się być czymś odległym. Wręcz… nieosiągalnym.

— Wracając, – odchrząknęłam, uprzedzając nadejście niezręcznej ciszy. — …Ja udzieliłam odpowiedzi. Teraz pani kolej. – Pokonawszy dzielącą nas odległość, przystanęłam na wysokości przestrzeni osobistej gwiazdy. — Ponawiam pytanie. Dlaczego to właśnie ze mną chciała pani porozmawiać?

— Niezbyt przyjmujesz podprogowe zwierzenia innych osób, co? – prychnęła idolka, szybko jednak się opamiętując. — Może najpierw spoczniemy?-zaproponowała, sama z gracją przysiadając na ławce rozdzielającej pobliskie pasmo krzewów.

— Doceniam ofertę, ale jakoś wolę postać…-

— Wiesz, naprawdę nie cierpię, gdy ktoś patrzy na mnie z góry – oznajmiła twardo, wymownie poklepując miejsce obok siebie.

Westchnęłam głęboko, lecz ostatecznie dla własnego spokoju ducha zdecydowałam się ulec naciskom popielato włosej piękności.

— W porządku. Tylko proszę, tym razem od razu przejdźmy do sedna. Mam serdecznie dość ciągłego owijania w…-

— Jak sobie życzysz. Umieram. Zostało mi niecałe pięć miesięcy życia – wypaliła, zanim jeszcze zdążyłam porządnie się usadowić. — ,,Hah, popatrz na swoją minę! Dałaś się nabrać!”. Tak chciałabym móc powiedzieć, ale nie ma co zakłamywać rzeczywistości. Prawda wygląda następująco: Za pół roku będę wąchała kwiatki od spodu – oznajmiła, wyrażając ni to smutek, ni zoobojętnienie.

Skłamałabym twierdząc, iż wieść ta jakoś szczególnie mnie zszokowała. Każda, trzeźwo myśląca istota już dawno połączyłaby kropki. Bajka o chorobie bliskiej osoby była jedynie tanią wymówką dla  fanów, którzy i tak ślepo daliby wiary jej najbardziej abstrakcyjnemu wytłumaczeniu. Lecz koniec końców, nawet podświadomie domyślając się autentycznego stanu rzeczy, odebranie wiadomości o niechybnej śmierci muzycznej pionierki naszych czasów sprawiało wrażenie surrealistycznego snu.

Szczególnie, słysząc tą informację z ust… samej zainteresowanej.

— Naprawdę mi przykro. Nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego akurat ze mną postanowiła pani podzielić się sekretem o takiej wadze – rzekłam zmieszana.

— Jak to? Przecież chciałaś wiedzieć…?

— Nie… znaczy… Tak… znaczy… chodziło mi o…

— Już, już. Spokojnie. Tylko się z tobą droczę. Zresztą, odpowiedź jest niezwykle prosta – raptem Rosana wycelowała palec między moje wytrzeszczone oczy. — Powierzyłam ci swoją małą tajemnicę, ponieważ od dzisiaj to właśnie twoim zadaniem będzie jej strzeżenie.

— Słucham!? Niby czemu miałabym pilnować cokolwiek twojego!? – wypaliłam, niezamierzenie schodząc z oficjalnego tonu.

— Pfft! Nie gorączkuj się tak, bo ci pultynki wyjdą! – zawołała, trącając opuszkami me nadęte policzki, po czym uniosła rękę ku przeszklonemu sufitowi, jakby łapiąc promienie światła. — Może zabrzmię dziwnie, lecz to te szczęśliwe chwile przypominają mi, jak niewiele czasu pozostało. Choćbym stanęła na głowie, nie zdążę spełnić większości celów. Natomiast…! – idolka gwałtownie zacisnęła pięść, zamykając w niej pojedynczą wiązkę słonecznego blasku. — Mogę zrobić przynajmniej jedno. Zamierzam dać ludziom występ, który będzie wspominany jeszcze długie lata po moim odejściu! Wyryje się w podświadomości fanów, aby mimo śmierci jakaś cząstka mnie przetrwała.  Jednak widzisz, ostatnio dziwnym trafem podpadłam znaczącej części branży, a osiągnięcie tak ambitnego planu może być nieco problematyczne działając w pojedynkę — stąd ma prośba. Wiwianno, czy na te pozostałe pięć miesięcy, zechcesz zostać moim osobistym ochroniarzem?

Słowa uleciały z mego gardła zanim w ogóle zdążyłam przetworzyć irracjonalne pytanie Rosany. Zresztą, prawidłowa odpowiedź i tak mogła brzmieć tylko:

— Odmawiam. Nawet niezależnie od twoich intencji, czysto egoistycznie patrząc, zwyczajnie mi się to nie kalkuluje. Obecnie zajmuje bezpieczną posadkę, a ty jak sama przyznałaś — za kilka miesięcy umrzesz.

— Zwiększe twoje wynagrodzenie pięciokrotnie. Plus procentowy bonus od każdego, większego eventu. Pracowanie dla mnie niecałe pół roku, by zapewnić sobie resztę życia w dostatku chyba nie brzmi źle, co?

Dość prędko skonstatowałam, że dalsza wymiana argumentów zwyczajnie mija się z celem. Rosana miała w głowie pewien scenariusz, do którego realizacji dążyła wszelkimi dostępnymi środkami. Tej walki zwyczajnie nie dało się wygrać.

A przynajmniej, dopóki nie zaczęło się grać na jej zasadach.

— Rozważę tę propozycję pod jednym warunkiem – odpowiedziałam, wzniecając promyk zaintrygowania w srebrzystych oczach idolki. — Wpierw chcę dowiedzieć się, dlaczego aż tak mocno naciskasz, abym ze wszystkich osób to właśnie ja została twoim ochroniarzem?

— Niech będzie. Ale… – oparła Rosana, krzyżując przy tym ręce oraz nogi — …kierujące mną pobudki zdradzę ci tylko, jeśli i ty wyjawisz mi powód, czemu tak bardzo wzbraniasz się przed pracą w show-biznesie. – nachyliła głowę, eksponując przebiegły uśmiech.

Wypowiedziane słowa oraz zachowanie dziewczyny jedynie utwierdziły drzemiące we mnie obawy. Choć wydawało się to czystą abstrakcją, Rosana posiadała jakąś wiedzę na temat demonów mojej przeszłości. Nadal pamiętała coś, co ja po wieki postanowiłam pogrzebać w odmętach wspomnień.

Zaobserwowawszy mój nagły przejaw konsternacji idolka przysunęła się, nakryła dygoczącą rękę swoimi delikatnymi dłońmi, jednocześnie orzekając:

— Jest okej. Każdy ma własne sekrety. Póki co wiedz, że to po prostu musisz być ty. Lecz… jeżeli zdecydujesz się zaakceptować mą ofertę, mogę magicznie nabrać chęci na szczerą rozmowę od serca. Więc, jak będzie?

Finalnie udało mi się wytargować dodatkowe dwadzieścia cztery godziny na podjęcie ostatecznej decyzji. Gdy po całym dniu absurdalnych doznań nareszcie powróciłam do domu, byłam całkowicie wypruta z energii. Ledwie zdołałam ściągnąć ubrania, zsunąć bieliznę i wtoczyć się pod prysznic. Aczkolwiek nawet strumień parzącej skórę wody nie wystarczył, aby zagłuszyć natrętne myśli.

Przetarłam dłonią zaparowaną ściankę szklanej kabiny, mimowolnie lustrując w niej odbicie własnych piersi. Sceneria tamtego momentu zaczęła manifestować się przed moimi oczami. Dookoła rozbłyskały światła oślepiających flash’y. Na hali panował istny, produkcyjny gwar. Ciasno zawiązana sukienka sprawiała, że oddychało mi się coraz ciężej, i ciężej, i ciężej, aż…

Z transu wyrwał mnie odgłos wibrującego telefonu. Łapczywie łapiąc powietrze wypadłam spod bieżącej wody, wspierając podbródek oraz ramiona na pobliskiej szafce. Gdy najmocniejsza faza zawrotów głowy minęła, a widziany obraz lekko się zaostrzył, kątem oka dostrzegłam usilnie dobijający się do mnie kontakt. Był nim Derek, Szef Biura Ochrony Klinki.

— Tak, słucham…? – odciągnęłam słuchawkę z wyświetlacza, ciężko dysząc.

— Wiwianna!? — Natychmiast się tłumacz! Coś ty najlepszego zrobiła Rosanie!?


~koniec rozdziału trzeciego~

rozdział 3
Przewijanie do góry