Sen na jawie

Rozdział 4

Gdy po opuszczeniu sztucznego ogrodu, przy rozchodzeniu się każdy w swoją stronę Rosana pożegnała mnie słowami „Papa, widzimy się jutro” — uznałam to za lekko podejrzane. Nie sprecyzowała przecież miejsca, godziny, ani okoliczności naszego następnego spotkania. Węsząc podstęp dość szybko wywnioskowałam, że zapewne spróbuje jakiś sztuczek podczas kolejnej zmiany. Jednak tego, co tak naprawdę miała wtedy na myśli nie rozważałam nawet w najśmielszych scenariuszach.

— Wiwianna!? Natychmiast się tłumacz! Coś ty najlepszego zrobiła Rosanie!? – wrzasnął Derek, zmuszając biedny głośnik budżetowego telefonu do przesterów. — Halo, czemu milczysz!? Jesteś tam!?

Oczywiście cisza po mojej stronie słuchawki nie wynikała z chęci lekceważenia przełożonego. Sekundnik odliczający czas połączenia majaczył mi przed twarzą, kiedy co rusz podejmowałam próby dźwignięcia głowy ciężkiej od raptem opanowanego ataku paniki. Natomiast poważnie osłabiony organizm ani myślał współpracować. Toteż opadłszy z resztek sił usadowiłam lico jak najbliżej komórkowego mikrofonu, zmuszona prowadzić rozmowę w iście upokarzający dla mnie sposób. Nago, o lekko rozpostartych nogach.

— …Sz… Szefie, nie rozumiem pytania… – sapnęłam, starając się na miarę możliwości mówić normalnym głosem. — …Wiem, że ostatecznie nagranie z jej wystąpienia rozeszło się po internecie sporym viralem. Jednak spotkało ono strasznie pozytywny odbiór. Sama nazwa klinki została przemilczana, a twarze pracowników zamazane. Nie ponieśliśmy żadnych, wizerunkowych strat. Rosana zaliczyła udany powrót. Nic więcej chyba się nie wydarzyło…? –

— Prawda!? No jasne, że prawda! Bo tak było! – żachnął Derek, a szmery towarzyszące słowom mężczyzny szło przypisać ostatentacyjnemu tarmoszeniu włosów.

Dość szybko spostrzegłam, iż to, co wcześniej zinterpretowałam jako przejaw nietypowej wściekłości, w rzeczywistości okazało się być wyrazem szczerej troski.

— Powiem więcej! Dostałem nawet wiadomość od dyrektora Koena, żebym „Zbytnio nie przejmował się, co napiszą media. Sprawa załatwiona”. Niemniej chciałem poznać szczegóły działań doktora, więc udałem się pod jego gabinet. Wtedy przez niedomknięte drzwi dojrzałem tam Rosanę. Sprawiała wrażenie wyjątkowo zadowolonej, jak na kogoś chwilę wcześniej wyciągniętego przed obiektyw wbrew własnej woli. Trochę zmieszało mnie jej zachowanie, lecz jednocześnie poczułem napływ ulgi. Skoro główna „pokrzywdzona” zdawała się stronić od roszczeń — mogliśmy spać spokojnie. A przynajmniej, tak sądziłem… – urwał.  

Zgrzyt zębów zdradzający frustrację Dereka zniekształcił następnie wypowiedzianą kwestię. Aczkolwiek nie sądzę, abym i przy klarowanym przedstawieniu sytuacji zdołała pojąć pełnię wynikającego z niej absurdu.

— Więc dlaczego… Nagle doktor rozkazał mi przekazać wszystkim wieść o twoim zdegradowaniu oraz przeniesieniu!?

— S-słucham…?

Ostatnim, zapamiętanym przeze mnie bodźcem był przenikliwy chłód kafelków przeszywający moje pośladki. Później, najpewniej na skutek szoku emocjonalnego i skrajnego wyczerpania — odpłynęłam do reszty, tracąc przytomność.

Znajdowałyśmy się tu tylko we dwie. Ja i Rosana.

— Czemu tak bardzo się mnie uczepiłaś?

— A bo ja wiem…

Dookoła nas rozciągała się pusta, nieskończona przestrzeń.

— Czy ja ci coś zrobiłam?

— Chyba można tak powiedzieć.

Nasze sylwetki zdawały się być oddalone o kilka, a zarazem kilkaset metrów od siebie.

— Nienawidzisz mnie?

— Wręcz przeciwnie. Myślę, że darzę cię najcieplejszym uczuciem ze wszystkich ludzi.

Wszechobecnie panujący mrok pochłaniał każdą barwę. Albo to oślepiający blask uniemożliwiał dojrzenie czegokolwiek?

— A jednak swoimi działaniami rujnujesz mi życie. Dlaczego?

— Ponieważ pragnę, abyś była moja.

Wniosek nasuwał się sam. Musiałam śnić.

— Twoja?

— Dokładnie. Potrzebuję cię bardziej, niż kogokolwiek innego.

Skoro cała ta rzeczywistość stanowiła wyłącznie wytwór mojej wyobraźni, równie dobrze mogłam dać upust ciążącemu na mym sercu rozgoryczeniu.

— Ja… Nienawidzę cię!

— …

Co jest? Czemu milczysz?

— Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię!

— …

Nie żartuj sobie! To mój, pieprzony sen! Chociaż tutaj zachowuj się jak ci każe!

— Dziwka! Niewdzięczna suka! Manipulantka! Podżegaczka! Łamaczka serc!

— …

Przeproś! W tej chwili przepraszaj, że nasze drogi kiedykolwiek się przecięły!

— Po prostu… zdechnij już, ty zakłamana kreaturo! Bez ciebie świat będzie dużo weselszym miejscem!

— …Wystarczy! Też mam uczucia, wiesz?!

Słucham? Niby co masz?

— A ja nie jestem niczyją zabawką! Przestań postrzegać mnie przez pryzmat rzeczy, którą można zdobyć!

— Więc zatrzymaj czas! Jeśli tego dokonasz, raz na zawsze dam ci spokój. Uczciwa umowa, nieprawdaż?

Uczciwa, ta. Moja dupa. Przecież to niewykonalne!

— Ty mała…!

— Normalnie kontynuowałabym zadowalanie się samą wiedzą o twojej egzystencji. Ale sprawy uległy komplikacjom. Teraz, świadoma istnienia zegara bezlitośnie odliczającego pozostałe mi dni, nie chcę dłużej rezygnować z posiadania cię u swojego boku!

Skapnięta łza zatopiła się pośród basenu nieskończonej pustki, a fale wzburzonej wody tchnęły kolory w ramy otaczającego nas wymiaru.

Pod naszymi stopami rozciągał się bezkresny ocean. Błękit nieba malował linie horyzontu.

Znajdowałyśmy się tu tylko we dwie. Ja i… kim ona właściwie była?

Miejsce Rosany zastąpiła wątła, łysa dziewczynka, kurczowo ściskająca pasmo niedbale odciętych włosów.

Gdzieś już kiedyś ją widziałam.

Ale nie pamiętałam.

Nie mogłam sobie przypomnieć.

Całość wspomnień wczesnych lat młodości przyćmiewało jedno, konkretne wydarzenie. Brutalne zakończenie mojej muzycznej kariery.

— …

— Nie masz pojęcia kim jestem, prawda? Zresztą, skąd miałabyś wiedzieć? Obecna i stara wersja mnie to kompletnie różne osoby. Z drugiej strony, ja zgłębiłam twe najskrytsze sekrety. Znam na pamięć twoje wymiary, cykl miesiączkowy, codzienne zwyczaje, alergie, dziwnostki. Jednym słowem — wiem o tobie wszystko. Brzmię jak szalona? Możliwe. Ale to ty pierwsza…-

Raptem wypowiedź dziecka przerwał odgłos kruszonego szkła — zwiastun nadchodzącej destrukcji. Wkrótce potem kraina wyobrażeń bezpardonowo rozsypała się na miliony pomniejszych odłamków.

Ach, cholera. Właśnie dlatego nienawidzę snów. Zawsze urywają się nagle, pozostawiając za sobą masę niedopowiedzeń.

Czułam, jak mój policzek rozpływa się pod językiem niezwykle puszystej istoty. Szorstka struktura przyjemnie trącała skórę, a lepka ślina łagodząca tarcie pozwalała czerpać z tego odczucia nieziemską satysfakcję. Na całym świecie tylko jedno stworzenie potrafiło budzić mnie, okazując przy tym tonę miłości. Była nim najukochańsza, mlecznobiała kotka zabarwiona ciemnymi plamkami. Frederika.

— Hhmm? Już ranek? – mruknęłam, przeczesując palcami obszar wyczuwalnie wygłodniałego brzuszka zwierzątka. — Poczekaj…

Zmrużyłam świeżo rozwarte oczy, chroniąc wzrok przed oślepiającym światłem wdzierającym się do sypialni dzięki rozsuniętym zasłonom.

— …Nadejście następnego dnia oznaczałoby, że… zapomniałam cię wczoraj nakarmić!

— Meow!

— Aaa! Wybacz mi!

 Usłyszawszy żałosne miauknięcie Fredzi gwałtownie odrzuciłam pierzynę, zrywając się na równe nogi. Czym prędzej popędziłam ku rozstawionym w kuchni miseczkom, po drodze chwytając paczkę jej ulubionych smaczków. Prezent przeprosinowy.

O dziwo, nie miałam jednak powodu, by się kajać. Kocie naczynia niemal pękały pod nadmiarem świeżo wymienionej wody i pachnącego pożywienia.

— W sumie, jakby się nad tym dłużej zastanowić… – spuściłam głowę, skupiając uwagę wokół własnego ciała.

Choć straciłam przytomność będąc zupełnie naga, obecnie mój tors okalała półprzezroczysta tunika, u dołu zwieńczona białymi, koronkowymi figami. Spodziewane miejsce pobudki również uległo zmianie.

— Dalej, przypomnij sobie… – zmarszczyłam brwi, wytężając umysł. — Po ciężkim dniu w pracy wróciłam do domu, wzięłam ciepłą kąpiel, rozmawiałam z Derekiem i potem… Ach, to bezcelowe! Nic a nic nie pamiętam! Łeb mi zaraz pęknie! – jęknęłam zrezygnowana, przysiadając na kostkach.

Dezorientacja właścicielki najwidoczniej udzieliła się także podążającemu w ślad za mną futrzakowi. Kotka zmierzyła miski niewybrednym spojrzeniem, następnie niezgrabnym ruchem wdrapując się między ściśnięte uda. Tam też mrucząc wyciągnęła się jak struna, kokieteryjnymi obrotami główki zachęcając mnie do miziania. Najpewniej, by podnieść mój niski poziom endorfin.

— Rany, co ja z tobą mam – uśmiechnęłam się niewyraźnie. — Życie byłoby o wiele prostsze, gdybyś zwyczajnie potrafiła mówić, wiesz?

— Meow…
— Cóż, racja. Ostatecznie niepotrzebnie się tym zadręczam. Zgaduję, że odzyskałam świadomość już wcześniej, lecz wpierw półprzytomna wykonałam obowiązki i dopiero wtedy poszłam spać. Ale no… musiałam być naprawdę zmęczona, skoro podjęłam decyzję o takim doborze ubrań… – oblewając się lekkim rumieńcem, przejechałam palcem pod gumką skąpych majtek. — Swoją drogą, Frederiko. Jeśli faktycznie zadbałam o twój posiłek, dlaczego wciąż nie ruszyłaś jedzonka?

— Mwaah!

W odpowiedzi zwierzak raptownie podskoczył, sycząc oraz nastroszając futro. Ta nietypowa reakcja na co dzień spokojnego stworzenia dobitnie uświadomiła mi jedną rzecz.

Gdybym była kotem, zapewne dokładnie takie zachowanie zaprezentowałabym w stosunku do pewnej osoby.

 

~koniec rozdziału czwartego~

rozdział 4
Przewijanie do góry