Nowy rozdział
Rozdział 5
Wyparcie. W okresie dojrzewania zwykłam nadużywać tej metody radzenia sobie z problemami, obawiając się stawić czoła rzeczywistości. Wolałam udawać ślepą na wszelkie bolączki codziennego życia, dopóki ich konsekwencje bezpośrednio mnie nie dotykały. Ignorowałam symptomy nadchodzących katastrof, do czasu aż te nie zamanifestowały się wprost przed moimi oczami. Niestety, jako dorosła osoba bezpowrotnie utraciłam zdolność słodkiego zakłamywania faktycznego stanu rzeczy.
A jednak, jakaś potężna siła uniemożliwiała mi przekroczenie progu sypialni. Ciało zdawało się być nad wyraz ociężałe. Myśli rozjechane. Doskonale znałam to uczucie. Wyryte w podświadomości zachowania, niczym odruchy bezwarunkowe podejmowały desperacką próbę odwiedzenia mnie od miejsca zainteresowania.
Bałam się skrzywdzenia. Odrzucenia.
Wiedziałam, że przyswojenie tej informacji zmieni bieg mojego dotychczasowego życia o sto osiemdziesiąt stopni. Lecz wypieranie brutalnej rzeczywistości było znakiem charakterystycznym tamtej, naiwnej dziewczyny. Osobowości, którą zdecydowałam porzucić już dawno temu.
Zacisnęłam pięści, przemogłam paraliżujący lęk i zapuściwszy się w głąb pokoju, zdecydowanym pociągnięciem ręki odkopałam nakryty kołdrą telefon.
Na ułamek sekundy sekundy moje źrenice nabrały mikroskopijnych rozmiarów. Stało się tak za sprawą nienaturalnie jasnego wyświetlacza? Czy może w wyniku kontrastu między przyciemnionym korytarzem, a nasłonecznioną sypialnią? Ciężko wysnuć jednoznaczny wniosek, gdyż zaobserwowawszy treść wypełniającą ekran, te same oczy zastygły w bezruchu.
Tuż pod notyfikacjami o przegapionych budzikach oraz nieodebranymi połączeniami zmartwionych współpracowników plasowała się wiadomość autorstwa Rena Koena. Przydługawy wywód starego pryka, który przyszło mi czytać z gorzkim uśmiechem na twarzy.
Wiem, ile ta praca dla ciebie znaczyła. Zaczynałaś jako szara myszka, stroniąca od międzyludzkich interakcji. Zawsze zdawałaś się trzymać wszystkich na dystans. Początkowo uważaliśmy cię za arogancką gówniarę, jednak po otrzymaniu pierwszej skargi szybko zmieniliśmy zdanie. Nigdy nie zapomnę widoku, kiedy ze łzami w oczach, przeświadczona o własnym zwolnieniu zawitałaś do mojego gabinetu, obwieszona po uszy uprzednio spakowanymi rzeczami. Ten obraz uświadomił nam jedno. Dotąd nie dostałaś szansy, aby rozwinąć skrzydła. Skreślano cię i odrzucano, zanim zdążyłaś posiąść wiedzę. A to przecież w gestii pracodawcy leży odpowiednie przygotowanie podopiecznego do zakresu wykonywanych obowiązków. Dlatego zgodnie podjęliśmy decyzję. Zamierzaliśmy stworzyć ci dogodne warunki rozwoju, jakich dotychczas nie zaznałaś.
Natomiast zespół Dereka potraktował to nieoficjalnie polecenie aż zbyt poważnie. Stałaś się ich oczkiem w głowie. Czuli się za ciebie odpowiedzialni. Można powiedzieć, że wręcz zyskałaś miano naszej małej, klinicznej Idolki. Aczkolwiek taki obrót spraw zrodził kolejny problem. W atmosferze toksycznej pozytywności postęp mógł okazać się niemożliwy.
Dalszą część historii już znasz. Po dzień dzisiejszy trwamy w impasie, wzajemnie oszukując się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jednak sprawa Rosany przelała czarę goryczy. Dla dobra twojego oraz reszty pracowników – postanowiłem. Na okres sześciu miesięcy oddelegowałem cię pod opiekę naszego bliskiego partnera biznesowego. Przejdziesz tam dokładne szkolenie, które pomoże ci wreszcie stanąć na nogi. Zarówno jako człowiek, jak i pracownik. Jeśli po tym czasie nadal będziesz chętna wrócić, rzecz jasna przyjmiemy cię z otwartymi ramionami. Lecz póki co spakuj swoje rzeczy, zwróć klucze dozorcy i udaj się pod wskazany poniżej adres.
Na koniec pragnę tylko przeprosić, że dowiadujesz się o tym w tak prymitywny sposób. Oraz przekazać wiadomość prosto z serca każdego członka klinicznej załogi…
…Będziemy czekać.
Wygasiłam ekran bez słowa, tym samym rozpoczynając realizację ostatniego, powierzonego mi zadania. Ciuchy i pomniejsze akcesoria upchnęłam do walizki. Kartony z większymi gabarytami pozostawiłam w gestii poleconej firmy przeprowadzkowej. Zwabiona smaczkami Frederika spoglądała zdradzonym wzrokiem zza krat kompaktowego transportera. W ciągu następnej godziny opróżniłam resztę lokum do cna, czym nieodwracalnie wymazałam ślad swojej półtorarocznej egzystencji.
Smutek? Ból? Wewnętrzne cierpienie? Oczywiście, że te uczucia ciągle dawały mi się we znaki. Jednocześnie chyba pierwszy raz zepchnięcie na dalszy plan napawało mnie dziwnym… optymizmem.
— Jeżeli zyskam miano osoby godnej zaufania, dostanę od szefa kolejną szansę. Nie zmarnuję tej okazji! – mamrotałam pod nosem, dodając sobie otuchy.
Jeśli chwilowe odrzucenie oznaczało późniejsze ocalenie…
…Niechaj tak będzie.
Rzucając pożegnalne spojrzenie wnętrzu, które zwykło widywać moje częste porażki i mniej liczne sukcesy, pewnym krokiem wstąpiłam w nowy rozdział życia.
Żegnajcie, pacjenci.
Żegnaj, doktorze.
Żegnajcie, starzy towarzysze.
Żegnaj na dobre, wadliwa wersjo mnie.
~koniec rozdziału piątego~
