Zawieszenie broni
Rozdział 7
Charakterystyczne pikanie reaktywowanego systemu antywłamaniowego zawtórowało szczękowi automatycznie zasuniętej blokady zamka.
Upewniwszy się, że prawą ręką podtrzymuje wieko transportera, a lewą oplatam uchwyt walizki — pozwoliłam sobie na chwilę oddechu. Wystąpienie drobnych perturbacji lekko wydłużyło oczekiwany czas przybycia, lecz finalnie wreszcie udało mi się sięgnąć wnętrza docelowej destynacji.
Mój następny i zarazem ostatni pomniejszy cel malował się jasno. Aby dopiąć proces przeniesienia należało odszukać gospodarza tego przybytku. Osobę, pod zwierzchnictwem której miałam pracować i szlifować swoje niedoskonałości przez kolejne pół roku.
— Dobra… chyba nie ma co przedłużać. Idę dalej. Życz mi szczęścia, Frederiko – rozochocona widokiem słodkiego, drzemiącego pyszczka, zapuściłam się w głąb budynku z nieco większą dozą entuzjazmu.
Podążając wzdłuż ścian gustownego korytarza mijałam modernistyczne gabinety, sale konferencyjne oraz zróżnicowane strefy rekreacyjne. W środowisku wszelkiej maści działalności, miejsca standardowo postrzegane jako ogniska ludzkiej obecności. A jednak aktualnie całkowicie pozbawione śladów człowieczej aktywności. Sterylnie czyste. Zupełnie, jakby ich czas świetności miał dopiero nadejść.
Albo przeminął już długie lata temu.
Dziwne. Brak zagospodarowania obszaru o tak dużym potencjale komercyjnym powinien wywoływać we mnie więcej sprzecznych emocji. Ale atmosfera osamotnienia wydawała się być… integralna z duszą tego (domowego?) biura.
— Przepraszam, czy ktoś tutaj jest…? – upewniłam się.
Odpowiedział mi jedynie szum aktywnie działającej klimatyzacji. Kontynuując poszukiwania wzniosłam się zatem o poziom wyżej, korzystając ze spiralnych schodów ulokowanych przy ujściu przemierzonego holu.
Pierwsze i drugie piętro stanowiły zaskakująco przyjemną odmianę względem zerowej kondygnacji. Surowa, administracyjna aranżacja przestrzeni została wyparta na rzecz kompleksu przytulnych apartamentów. A te w odróżnieniu od opustoszałego poprzednika, wnioskując po gromadkach porozrzucanych ubrań nadal jawiły się jako użytkowane.
Z poszanowania do cudzej prywatności uznałam, że może lepiej będzie odpuścić sobie przeczesywanie intymnych sfer czyjejś codzienności. Poza tym…
…dalsze błądzenie bez celu nie było dłużej konieczne.
Niosące się ze szczytu drgania basu, stłumiony wokal oraz dudnienie energicznie stawianych kroków jasno wskazywały położenie docelowej jednostki.
Przełknęłam gulę, złożyłam manatki na kupkę, po czym chwytając poręcz drżącą dłonią — ruszyłam zakończyć te marne podchody.
Ponieważ już dawno skonstatowałam, co się tutaj święci.
— …prawa noga, lewa ręka…
Pokonywałam kolejne stopnie.
— …przykucnięcie, wstrząs biodrami…
Pasma ściennych luster wyłaniały się znad gumowego podłoża.
— …podskok, zawinięcie tułowia i…
A gdy osiągnęłam wysokość odpowiednią, by wynieść wzrok ponad balustradę…
— …efektowny, poprzeczny szpagat!
…spostrzegłam urzekająco zastygającą w rozkroku, bladolicą piękność.
— Ahhh… – wymsknęło mi się mimowoli.
Ale to westchnie nie miało wiele wspólnego z zachwytem.
Cienkie, kaszmirowe legginsy idealnie podkreślały smukłe uda i wąską, acz zarazem kształtną talię około dwudziestoletniej dziewczyny. Częściowo podwinięty, luźny top obnażał poczerwieniałą ze zmęczenia skórę. Resztki potu zgromadzone w okolicach oczu podmyły makijaż, demaskując subtelne zasinienia. Zaś grafitowo-beżowe, spięte motylą gumką włosy łagodziły prowokacyjny styl bycia niepohamowaną słodkością.
Jej wygląd zewnętrzny mógł ulec drobnym, kosmetycznym zmianom. To fakt.
Natomiast w gruncie rzeczy nadal była tą samą, napędzaną siłą kontrastu, wyrachowaną gwiazdą. Synonimem sukcesu dla młodych dziewcząt i obiektem pożądania zaślepionych głupców. Klejnotem koronnym branży rozrywkowej starego kontynentu. Idolką ostateczną — Rosaną.
Zaprzestając ćwiczeń, poleciła mi zbliżyć się poprzez skinienie palca.
— Niespecjalnie jesteś tym zaskoczona, co? – rzuciła zaczepnie, łącząc nogi.
Czym? Nagłą metamorfozą wizerunku? Zignorowaniem oraz zmuszeniem mnie do dumania nad alternatywną drogą wejścia? A może faktem, iż to właśnie ona kryła się za tożsamością mojej nowej szefowej?
Pfft, niezły żart.
Niefortunnie, na dedykowanej stronie internetowej poświęconej Iglicy Chwały praktycznie każdy budynek posiadał adnotację szczegółowo opisującą właściciela. Doskonale więc zdawałam sobie sprawę odnośnie czyhających niebezpieczeństw.
Całą tę świadomość zamierzałam jednak utrzymać przed Rosaną w słodkiej tajemnicy. Gdyż już samo przyjście tu oznaczało dobrowolne poddanie się dyktaturze butnej Idolki.
NIE.
BYŁO.
ODWROTU.
Zdecydowałam się ulec jej naciskom.…
…zanim do reszty postradała rozum.
Przykucnąwszy nad obliczem widocznie ukontentowanej dziewczyny, niczym oddana służąca, wyciągnęłam rękę. Delikatne palce Rosany odwzajemniły uścisk. Nasze splecione dłonie posłużyły za dźwignię dla wzniesienia wątłego ciała gwiazdy.
— Tym razem nie schowam głowy w piasek. Nie ucieknę. Będę walczyć. Zaakceptuję rzeczywistość taką, jaką jest. Dlatego… przynajmniej na obecną chwilę, proponuję tymczasowe zawieszenie broni.
~koniec rozdziału siódmego~

