Przeszkoda

Rozdział 6

— Tak… bez wątpienia jestem we właściwym miejscu – wyciągnęłam telefon, raz jeszcze upewniając się, czy aby przypadkiem nie zabłądziłam pod siedzibę jakiegoś konglomeratu.

Najtrafniejszym określeniem opisującym budowlę wznoszącą się przed moimi oczami byłaby imitacja biurowca. Szklane płyty wypełniały luki między segmentami pochylonej o około pięć stopni, prostokątnej konstrukcji. Na tle odpowiedników malujących się daleko w panoramie miasta budynek wyróżniał tak naprawdę jeden, trudny do przeoczenia szkopuł. Proporcje. Wysokością sięgał co najwyżej trzeciego piętra, a szerokością dorównywał długości przeciętnego, wolnostojącego zabudowania. Więc bardziej, niż wieżowcem ten architektoniczny eksperyment wypadało nazwać zwykłym, jednorodzinnym domem? Niezależnie jednak jakbym go zaklasyfikowała, nie tylko on znacząco odbiegał od normy, do której przyzwyczaiły mnie lata życia w ,,uboższych” częściach metropolii. 

Znajdowałam się obecnie na sztucznie uformowanym wzniesieniu o średnicy dwóch kilometrów. Tutejszą dzielnicę — potocznie określaną mianem Iglicy Chwały, zamieszkiwały wyłącznie osoby cieszące się szczególnym uznaniem społeczeństwa. Średnia wielkość działki oscylowała w okolicach rozmiarów boiska piłkarskiego. Uliczki, choć stosunkowo rozległe, nie były przystosowane do ruchu pojazdów. Sieć dróg i podziemnych garaży najpewniej ulokowano głęboko pod moimi nogami. Dla przeciętnego śmiertelnika przedostanie się tutaj niemal graniczyło z cudem. Wielu dałoby się pokroić, byle bodaj raz zasmakować codzienności swoich ulubieńców.

Natomiast ja najchętniej oddałabym im tę możliwość za darmo. Wróć. Szczerze, nawet z drobną dopłatą.

— Nie, nie, nie! Zaczynam myśleć o naprawdę złych rzeczach! – potrząsnęłam głową, ściągając brwi. — Skup się, dziewczyno. Podjęłaś decyzję. Czas na złożenie apelacji minął.

Stając przed szpiczastą bramą docelowego domostwa wcisnęłam jarzącą się zielenią ikonkę domofonu, nim resztki automotywacji zdążyły opuścić moje ciało.

Cisza. Brak odzewu.

Odczekałam kilka sekund, po czym ponownie kliknęłam przycisk.

Znów, zero odpowiedzi.

Powtórzyłam tę czynność jeszcze parokrotnie, lecz wynik końcowy nie uległ zmianie.

— Ha… No to fantastycznie – skwitowałam, odstawiając walizkę i transporter na bok, by z bliższej odległości przyjrzeć się wątpliwie działającemu ustrojstwu. — Melodyjka podczas łączenia przygrywa, więc wadliwość sprzętu powinnam raczej wykluczyć. Pytanie brzmi, co teraz?

Byłam w kropce. Stare szefostwo przesłało mi suche współrzędne siedziby nowego zwierzchnika, nie uwzględniając alternatywnych form komunikacji. Mogłam zatem tylko włączyć tryb oczekiwania i liczyć, że wkrótce ktoś…

*dzyń*

Raptem dotychczas milczące urządzenie nareszcie zaczęło dawać oznaki życia. O dziwo jednak, dźwięk emitowała nie ta puszka, po której bym się tego spodziewała.

Uniosłam telefon. Dobijał się do mnie jakiś prywatny numer.

Zazwyczaj ignorowałam próby kontaktu ze strony podejrzanych abonentów. Aczkolwiek tym razem, zdając się na kobiecą intuicję — zaakceptowałam połączenie.

— Halo?

— No to mamy kurczę kłopot. Kiedy siostrę pochłonie praca, całkowicie przestaje odbierać bodźce zewnętrznego świata – w słuchawce rozbrzmiał miękki głos młodego mężczyzny.

— Kim jesteś?

— Tak naprawdę zależy jak się gwiazdy ułożą. Bywam pisarzem, ilustratorem, grafikiem, uczniem, modelem, doradcą, marketingowcem, streamerem… ale obecnie przedstawiam stanowisko menedżera twojej nowej szefowej.

Dzieciak budzący wrażenie nadal uczęszczającego do szkoły średniej miałby być poniekąd moim przełożonym? Coś tu mocno zalatywało ściemą.

— Skoro dzwonisz, zakładam że rozumiesz moje obecne położenie?

— Yep. Kontaktuję się, bo pragnę ci pomóc.

— Więc dlaczego zwyczajnie nie zjawisz się tu, by otworzyć bramę?

Najwidoczniej słuszną uwagą trafiłam w czuły punkt rozmówcy. Minęło dobrych parę sekund zanim ten poskładał myśli i kontynuował:

— Znaczy… słuchaj, serio bardzo chciałbym przyjść, natomiast…

— Ksander, czy ty używasz telefonu na lekcji!? Próbujesz mi pośrednio wmówić, że całki i różniczki nie przydadzą ci się w dorosłym życiu!? Do tablicy marsz, gówniarzu!

— Ghek! Złe wieści! Dorwała mnie!

Tak brzmiały ostatnie, niesławne słowa jednostki zidentyfikowanej jako Ksander. Następnie odebrałam komunikat systemu – połączenie przerwane

Jednakże chłopak nie zamierzał łatwo ugiąć się pod dyktaturą apodyktycznej (nauczycielki?)

Gdy wypuściłam powietrze, usiłując właściwie przeprocesować minione wydarzenia, wznowił urwaną myśl w nadesłanej wiadomości tekstowej.

— Piszę to, drugą ręką rozwiązując równanie przy całej klasie, więc lepiej będę się streszczał. Mam tyle nieobecności, że jeśli teraz opuszczę zajęcia — obleję semestr. Nie mogę zrobić wiele więcej, poza poinstruowaniem cię w kwestii ominięcia zabezpieczeń. Słuchaj, nim siostra dodała mój odcisk palca do bazy danych, opracowałem alternatywną drogę wejścia. Działa ona tak… Stajesz naprzeciw bramy, bierzesz rozbieg, wykonujesz efektowny przeskok nad przęsłami i z gracją lądujesz po drugiej stronie. Proste, prawda? No to powodzenia.

— Zgłupiałeś? – odpisałam chłodno.

— Niby czemu? Trudno, żeby złapała cię ochrona, skoro sama masz zacząć pełnić jej funkcję.

Skrzyżowałam ręce. Akurat ten punkt widzenia ciężko było poddać polemice.

Luknęłam na Fredzie. Biedaczka cierpiała katusze, nerwowo obdrapując  kratkę nagrzanego słońcem transportera. Także ja odczuwałam w kościach trudy lipcowego skwaru. A każda kropla potu spływająca po mej skórze sprawiała, że irracjonalna sugestia Ksandera nabierała coraz więcej sensu.

— Poczekaj jeszcze chwilkę, kochanie. Zaraz cię wypuszczę – uspokoiłam kotkę, sama ustawiając się równolegle względem centralnej części bramy. 

Kształtem przypominała ona odwrócony łuk. Boki przedłużały wysokość ogrodzenia, osiągając pułap jakichś dwustu centymetrów. Środek stanowił zaś subtelny, pół metrowy spadek.

Banał, nie przeszkoda.

Za jedyne, potencjalne zagrożenie wypadało uznać spiczaste groty, zwieńczające pasma żeliwnych prętów. Lecz nadal, przy odpowiednim wycyrklowaniu miejsca wybicia, powinnam przelecieć je zachowując spory zapas.

— Hah. Czyli jak rozpoczynać nową pracę, to z przytupem! – zadrwiłam, zsuwając marynarkę oraz poluźniając koszulę.

Postąpiłam wedle instrukcji. Stanęłam naprzeciw bramy, wzięłam rozbieg, wykonałam efektowny przeskok nad przęsłami i…

… z gracją przeszorowałam tyłkiem po zaostrzonych krańcach.

Rozległ się suchy trzask dartego materiału.

— Auć! – pisnęłam, jednocześnie uskuteczniając niechlujne lądowanie.

Co prawda, ostatecznie udało mi się przedostać na drugą stronę. Jednak sukces obkupiłam niemałym poświęceniem.

Dotknęłam palcami własnych pośladków. Trzy, zaokrąglone ubytki w tkaninie przypominały niewielki ślad po draśnięciu szponów. Całe szczęście, że ubrałam dzisiaj majtki z wyjątkowo mocno wyciętym tyłem. Wyglądało to odrobinę wulgarnie, lecz przy pozytywnym nastawieniu…

…mogło nawet sprawiać wrażenie celowego zabiegu modowego.

— Wisisz mi spodnie – robiąc buzię w ciup, niechętnie posłałam Ksanderowi wiadomość.

Ten zignorował mój wniosek o zadośćuczynienie, odpowiadając niemal natychmiast, jakby ówcześnie przygotowaną formułką.

— Brawo! Teraz będzie z górki. Drzwi frontowe idzie otworzyć używając czterocyfrowego kodu. Brzmi on następująco: 122-

— Chwila, a czwarta cyfra to poszła na spacer, czy gdzie?

Czekałam. Czekałam. I czekałam.

Kontynuacja nigdy nie nadeszła.

Zapewne tym razem chłopak musiał uznać wyższość miłośniczki całek i różniczek.

Aczkolwiek znajomość prawidłowej długości kombinacji pozwoliła mi samej odgadnąć brakującą liczbę już za piątym podejściem.

Stając w progu rozpostartego wejścia uderzyło we mnie dziwne poczucie bezcelowości ludzkich działań. Bo przecież moje ostatnie dwadzieścia minut życia potoczyłoby się kompletnie inaczej…

…Gdyby właściciel zwyczajnie związał kodem również bramę.


~koniec rozdziału szóstego~

rozdział 6
Przewijanie do góry